Portal społeczno-kulturalny regionu kępińskiego
Pankracego, Renaty, Ryszarda 4 Kwietnia 2020, 09:01
Dziś 7°C
Jutro 8°C
Sport
29 Stycznia, 2020

Wywiad tygodnia: „W tym sporcie liczy się każda sekunda”

Z kępińskim ultramaratończykiem Dawidem Mielczarkiem (urodzonym 24 lipca 1982 r. w Kępnie), który znalazł się w grupie 13 Polaków startujących w 2019 r. w 37. edycji Spartathlonu, o jego rozwoju, sukcesach i porażkach rozmawiali Mirosław Łapa i Katarzyna Rybczyńska.

Czy bieganie było Pana pasją od zawsze? Skąd wzięło się to zamiłowanie?
To pojawiło się spontaniczne. Zawsze chciałem zacząć biegać, bo miałem nadwagę, ważyłem około 120 kg w szczycie i chcąc zbić tę wagę, postanawiałem, że będę biegać. Miałem kilka takich podejść. Poza tym przez 15 lat paliłem papierosy, co utrudniało mi przebiegnięcie nawet 2-3 km. W 2014 r. wreszcie nastąpił jakiś przełom i zacząłem systematycznie biegać.
Tak po prostu wyszedł Pan z domu i stwierdził: „Od dzisiaj będę biegać”?
Tak. Wyszedłem i biegłem przed siebie, 2-3 km – zadyszka, odruch wymiotny – takie były początki. To był dla mnie olbrzymi wysiłek przy tej wadze i moim trybie życia. Miałem dużą wagę i zero kondycji. Kiedy pierwszy raz dobiegłem do celu, najpierw zapaliłem papierosa (śmiech). Nie podchodziłem do biegania na poważnie. Ale kontynuowałem to, choć bardzo nieregularnie. Wcześniej mój ojciec, Jerzy Mielczarek, biegał zawodowo w Śląsku Wrocław przez ponad 20 lat, z bardzo dobrymi wynikami, na krótkich dystansach. Pamiętam, jak miałem 10-12 lat i cały czas mnie namawiał, żebym poszedł z nim pobiegać, ale ja tego nienawidziłem. W szkole też zawsze byłem ostatni, nie potrafiłem biegać. Ale chyba jednak dostałem to bieganie w genach od ojca, bo kiedy już zacząłem, to polubiłem to, a z tej fajnej relacji powstała miłość (śmiech). Stopniowo zwiększałem dystanse, choć początkowo było to „puste” bieganie, bez jednostek treningowych (składniki planu treningowego). Kiedy pokonałem pierwszy raz 10 km, było wielkie „łał”. Wszystko zaczęło się wreszcie dobrze układać, zacząłem dostrzegać pozytywy biegania – całkiem inaczej pracuje głowa, inaczej zachowuje się ciało, waga spada – to motywowało mnie, żeby biegać dalej – i wpadłem po uszy.
Miał już Pan wtedy jakąś specjalną dietę?
Nie. W tygodniu biegałem, przychodził weekend to imprezowałem, a jak impreza, to musiało być mocno, dużo, dlatego poniedziałek to zawsze było leczenie kaca. W kolejne dni biegałem i znów przychodził weekend i było to samo. Do tego nadal paliłem papierosy, wypalałem 1-1,5 paczki dziennie.

Więcej w nr 5 (1362) 2020 r. „Tygodnika Kępińskiego”.

Komentarze

Pozostało znaków: 1000

Redakcja Tygodnika Kępińskiego nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez Internautów. Wypowiedzi zawierające wulgaryzmy, naruszające normy prawne, obyczajowe lub niezgodne z zasadami współżycia społecznego będą usuwane.

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!